Wschód słońca na Górze Synaj, 2005


Od dawna pragnąłem obejrzeć Górę Mojżesza i klasztor Św. Katarzyny na Synaju. Teraz udział w konferencji w Kairze stworzył taką okazję. Zaraz po przyjeździe do Egiptu zwróciłem się do biura turystycznego, obsługującego konferencję, z pytaniem o możliwość zorganizowania wycieczki na Synaj. Bardzo szybko poinformowano mnie, że można wynająć mikrobus z kierowcą, przy czym koszt na osobę będzie zależał od liczby uczestników. Wobec tego rozpocząłem akcję propagandową i namówiłem sześć osób, dzięki czemu koszt jednostkowy wyniósł $ 130.

Nasz zespół stanowił zabawną mieszankę międzynarodową: Gwatemalka (jedyna dama), Kostarykańczyk, dwóch Holendrów, Niemiec, żydowski emigrant z Białorusi, pracujący w Stanach i ja. Wyruszyliśmy po południu, tak, że do Kanału Sueskiego dotarliśmy już po zmroku. Granicę pomiędzy Afryką i Azją przekroczyliśmy tunelem pod kanałem. Dalszą drogę odbywaliśmy w całkowitych ciemnościach. Jedyną ”atrakcją” było kilka kontroli paszportowych, które zabierały sporo czasu.

Do klasztoru Św. Katarzyny dotarliśmy ok. północy i czekał już na nas przewodnik – młody Beduin, który poprowadził na Górę Mojżesza tzw. „drogą wielbłądzią”. Druga, krótsza, ale znacznie uciążliwsza droga na szczyt prowadzi po 3700 stopniach skalnych, według legendy wybudowanych przez pokutującego mnicha. Nawet ta „droga wielbłądzia’ nie była specjalnie wygodna, tym bardziej, że nie byliśmy zaopatrzeni w latarki, a noc była bezksiężycowa, tylko niebo fantastycznie wygwieżdżone. Wielki Wóz świecił nisko nad horyzontem. Dosyć często widać było „spadające gwiazdy”, niczym u nas w sierpniu. Od czasu do czasu migały także gwiazdki wzdłuż szlaku – latarki innych grup podążających na szczyt. Po drodze mijaliśmy Beduinów oferujących podwiezienie wielbłądami. Skorzystała z tego nasza jedynaczka.

Spotkaliśmy ją potem przy końcu „drogi wielbłądziej”, skąd do szczytu można już dotrzeć tylko schodami, zaledwie 700 stopni. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek poniżej szczytu, w jednej z bud Beduinów, którzy oferowali gorącą kawę i herbatę, a także koce, bo na górze było mocno zimno. Ta należała do rodziny naszego przewodnika. Wokół ruch był duży. Stale przewijały się nowe, różnojęzyczne grupy.

Około 5-tej przewodnik wysłał nas na górę, żebyśmy zdążyli zająć dobre miejsce obserwacyjne, za kaplicą położoną na szczycie. Niebo wciąż było rozgwieżdżone, a na jego tle rysowały się jeszcze czarniejsze sylwetki gór. Potem wschodnia strona zaczęła się lekko rozjaśniać. Seledynowe pasemko na horyzoncie rozszerzało się powoli i od dołu nabrało zimno-zielonych odcieni. Jednocześnie, w jednolitym masywie gór wyodrębniały się poszczególne plany, od najbliższych – aksamitnie czarnych, do dalszych, coraz jaśniejszych. Niebo różowiało i nabierało nieco cieplejszych odcieni, przełamanego fioletu i czerwieni.

Jakaś grupa pielgrzymkowa śpiewała psalmy, w nieznanym mi egzotycznym języku. Około 6:30 szmer przeszedł wśród oczekujących, bo gdzieś, powyżej szczytów, wyłaniać się zaczęła przygaszona, złota tarcza słońca, w oprawie z fioletu i czerwieni. Jednocześnie góry na zachodzie nabrały pełnej plastyczności, w czerwonej poświacie, z czarną siateczką szczelin skalnych. Ten kolor bardzo szybko zaczął się zmieniać na coraz jaśniejszy. Po kilkunastu minutach słońce świeciło już pełnym blaskiem, a skały odzyskały swoją naturalną kremową barwę.


Byliśmy mocno zmęczeni i gorąca kawa u naszych Beduinów bardzo nam smakowała. Przy świetle słonecznym droga w dół wydawała się bardzo łatwa. Tym nie mniej, jeden z Holendrów zdecydował się na jazdę wielbłądem. Wielbłąda prowadził na długiej linie Beduin, a on sam wyglądał komicznie, skulony, trzymając się kurczowo przedniego i tylnego łęku siodła. Potem narzekał na ból kręgosłupa.

Droga w dół
u podnóza Góry Mojżesza


Klasztor Św. Katarzyny robi wrażenie fortecy. Wzniesiony jest na lekkim stoku, a otaczający go mur, z wielkich ociosanych bloków, zbudowany w czasach Justyniana, dochodzi do kilkunastu metrów wysokości. Aby dojrzeć za murem coś więcej, poza brzydką dziewiętnastowieczną dzwonnicą, trzeba wdrapać się na przeciwległy stok.

Klasztor Św. Katarzyny, widany z góry
Rachityczny ogród klasztorny
Mury klasztorne


Do klasztoru docieramy tuż przed otwarciem. Malutka brama wejściowa wycięta jest na dole muru. Wewnątrz, budynki klasztorne robią wrażenie bardzo stłoczonych. Tylko mała ich część udostępniona jest zwiedzającym, Na prawo, pod sklepionym łukiem, wychodzi się na mały placyk przed „katholikonem” tj. kościołem klasztornym. Katholikon to bazylika trójnawowa z połowy VI w. W suchym klimacie Synaju, nie tylko surowe granitowe ściany i przysadziste kolumny, ale i wspaniałe cedrowe drzwi zachowały się w świetnym stanie przez blisko piętnaście stuleci.

Drzwi do klasztoru

Przy samym wejściu czeka mnie rozczarowanie, liczyłem na obejrzenie, w absydzie bazyliki, słynnej mozaiki „Przemienienia Pańskiego”, pochodzącej z tego samego okresu co mury. Tymczasem okazało się, że mozaika jest w renowacji, cała zasłonięta drewnianym ekranem. Podobno będzie można ją oglądać za kilka miesięcy. Będzie to silny doping, żeby się tu powtórnie wybrać. Ikonostas zwieńcza „Ukrzyżowanie”. Obok Krzyża postacie Matki Boskiej i Św. Jana. Te ikony przypominają mi szkołę wenecką. Nic dziwnego; okazuje się, że pochodzą z Krety, z początku XVIi w. Za to niższe rzędy ikonostasu, jak również liczne ikony, wiszące w obu nawach, mają już wyraźnie bizantyński charakter. Zachwycam się nieznanymi mi dotąd „menologiami”, tj. kalendarzami liturgicznymi, z rzędami malutkich postaci patronów każdego dnia roku, umieszczonymi na złotym tle.

Przez zakrystię wychodzi się na drugą stronę katholikonu. Gdzie na rogu podwórka, ponad niską okrągłą kaplicą, kaskadowo opadają w dół wiotkie gałęzie „Krzaku Gorejącego”. Mają ciemnozielone owalne liście. Według tradycji, krzak rośnie dokładnie na miejscu tego, z którego płonących gałęzi Bóg przemawiał do Mojżesza. Krzakowi temu klasztor zawdzięcza swoje istnienie. Już w III w. znajdowali tu ucieczkę eremici, a pierwsza kaplica powstała z inicjatywy Św. Heleny.

Krzak Gorejący

Prawdziwą rekompensatą za niedostępną mozaikę był dla mnie skarbiec klasztorny, a w nim wspaniała wystawa ikon. Oglądać można około 5% całej kolekcji klasztornej, która obejmuje ponad 2000 ikon, pochodzących ze wszystkich epok historycznych, łącznie z okresem ikonoklazmu, który szczęśliwie oszczędził zbiory klasztorne. Ekspozycja jest bardzo starannie przygotowana, z ikonami uporządkowanymi chronologicznie i opisem poszczególnych epok. Otwierają ją tzw. ikony enkaustyczne, w których farbę nakładana na deskę wykorzystując gorący wosk. Dzięki temu przenikała głęboko w drewno i była bardzo trwała. Podobno tą techniką wykonywane były „portrety fajumskie”. Pewne podobieństwo z tymi portretami wykazują najstarsze wystawione ikony, np. Św. Piotr z VI w. Już w VII wieku technika enkaustyczna ustąpiła miejsca temperze.

Chrystus, ikona enkaustyczna, VII w.
Św. Piotr, ikona enkaustyczna VI w.
Madonna z Dzieciątkiem i dwoma świętymi, ikona enkaustyczna, VI w.

Podobnie jak i w ikonach rosyjskich, szczególnie podobały mi się małe „sceny rodzajowe” z Ewangelii, lub z życia świętych, często umieszczane na obrzeżach dużych ikon. Zafrapowała mnie jasnoniebieska barwa, przypominająca emalię. Taki jest na przykład kolor wody Jordanu, w scenie chrztu Chrystusa. Nie pamiętam takiego koloru na ikonach rosyjskich. Widocznie używano tam innych barwników. Ikony pochodzą z rozmaitych szkół, między innymi z miejscowej. Jedna z nich nawiązuje do lokalnej tradycji, przedstawiając wizję Św. Jana Klimaka, mistyka z klasztoru Św. Katarzyny, żyjącego w VI i VII w. Na złotym tle, wzdłuż całej przekątnej, biegnie drabina, prowadząca z ziemi do nieba, po której wspinają się mnisi. Z boku atakują ich diabły, niczym czarne nietoperze, strzelając z łuków i próbując ściągnąć w dół zarzucanymi pętlami.

Drabina do nieba Św. Jana Klimaka

Obok ikon, najcenniejszym skarbem klasztoru są manuskrypty, gromadzone w bibliotece klasztornej, założonej w połowie szóstego wieku, za czasów Justyniana, najstarszej na świecie biblioteki, działającej bez przerwy do naszych dni. Podobno ich kolekcja ustępuje liczbą tylko Bibliotece Watykańskiej i obejmuje ponad trzy tysięcy manuskryptów. Najsłynniejszym z manuskryptów pochodzących z biblioteki klasztornej jest Codex Sinaiticus z IV w., zawierający najstarszą, zachowaną w całości grecką wersję Nowego Testamentu, oraz znaczne części Septuaginty. Został on zidentyfikowany w połowie XIX w. przez niemieckiego uczonego Konstantina Tischendorfa, pracującego pod patronatem cara Aleksandra II, i za jego pośrednictwem, trafił do Petersburga, po wielkich i nie do końca wyjaśnionych perypetiach. W latach trzydziestych kodeks został sprzedany Muzeum Brytyjskiemu w ramach wyprzedaży dzieł sztuki, prowadzonej przez władzę radziecką, która poszukiwała źródeł finansowania szczytnego dzieła budowy komunizmu. Mnisi z klasztoru Św. Katarzyny zgłaszają dotąd pretensje do własności kodeksu, twierdząc że został tylko wypożyczony a nie sprzedany Aleksandrowi II, jednak dokumenty, potwierdzające legalne przekazanie własności carowi, zostały odszukane w archiwach rosyjskich i opublikowane w roku 2007.

Codex Sinaiticus wystawiony w B9ibliotece Brytyjskiej

Niestety wizyta w klasztorze była krótka. Musimy wracać. Tym razem jedziemy przez Synaj w pełnym słońcu i możemy podziwiać fantastyczne formacje skalne. Przeważa kremowy kolor skał. Pojawiają się jednak i inne, ceglaste, czy prawie czarne. Regularne ciemne pasy warstw geologicznych przypominają plantacje herbaty. Niema śladu roślinności – surowa skalna pustynia. Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach, po prawej stronie ukazują się niewielkie zagajniki palmowe. Drzewa wydają się być pokryte kurzem. Powyżej widać rozkopane ruiny, a po drugiej stronie grupę ubogich domków. To Firan, podobno największa oaza na Synaju. Dojeżdżamy do Zatoki Synajskiej i parę godzin jedziemy wzdłuż jej brzegu. Po prawej stronie niebieskie morze, po lewej skaliste góry, które stopniowo się obniżają. Do Kanału Sueskiego docieramy przed zmrokiem. Pasma wodnego nie widać, tylko przesuwające się sylwetki statków, niby zabawki dziecinne. Wyjeżdżamy z tunelu i jesteśmy znowu w Afryce.